|
Łódź to miasto mojej rodziny, przyjaciół, mojej pierwszej miłości. Chcę, żeby tu przyjeżdżały moje dzieci i wnuki, żeby czuły chociaż cząstkę tego, co ja, gdy tu wracam - mówi Cwi Bergman, prezes Związku Byłych Mieszkańców Łodzi w Izraelu. Jest wzruszony, że w ostatnich latach w Łodzi tak dużo zrobiono dla pamięci o łódzkich Żydach. - Jeszcze parę lat temu wyglądało na to, że łodzianie chcą nas wykreślić ze swojej pamięci. Teraz czujemy, że jest inaczej - podkreśla.
Kiedy urodził się Cwi Bergman, dostał imię Hersz. To znaczy jeleń w języku żydowskim, którym mówili wówczas łodzianie wyznania mojżeszowego. Cwi to też jeleń, ale po hebrajsku. Przyjął to imię, gdy zamieszkał w Izraelu. Cwi Bergman ma 84 lata, urodził się w Zduńskiej Woli, ale czuje się łodzianinem. - Miałem rok, może dwa, gdy ojciec dostał pracę w przedsiębiorstwie gumowym przy szosie konstantynowskiej - opowiada. Bergmanowie mieszkali przy ul. Ciesielskiej 17. Cwi chodził do Szkoły Powszechnej na Rybną, potem na Zgierską, w końcu trafił do Szkoły Przemysłowej na Pomorską 48, gdzie uczył się zawodu włókiennika. Działał też w organizacji syjonistycznej, która mieściła się przy ul. Piotrkowskiej 116. - Prawie codziennie pieszo przemierzaliśmy z kolegami ulicę Piotrkowską. Znałem prawie każdy dom. Czasami zdarzało się nam, że spotykaliśmy nauczycieli. Wtedy sprawdzali, czy mamy tarcze - wspomina Bergman. Przypomina sobie pierwszą randkę i pierwszy pocałunek. To było na rogu Zachodniej i Zawadzkiej (dzisiejsza Próchnika). - Ona też mieszkała na Bałutach, ale nie chciałem spotkać kolegów, żeby się nie śmiali, że się prowadzam z dziewczynkami - tłumaczy. - To były takie miłe czasy. Wszystko było wspaniałe - rozmarza się. W czerwcu 1939 roku zrobił małą maturę i dostał pracę w fabryce krawatów przy Narutowicza. Wybuchła wojna. Potem było getto, Auschwitz, inne obozy. Jego żona Juta urodziła się w Niemczech, ale w połowie lat 30. , gdy hitlerowcy wypędzali Żydów z Niemiec, przyjechała z rodzicami do Łodzi. Tu mieszkała przy ul. Pomorskiej. Ona także przeżyła łódzkie getto. Tam się poznali. Cwi był jej instruktorem w organizacji syjonistycznej, która działała w getcie. - To było takie żydowskie harcerstwo - tłumaczy. Po wojnie znowu się spotkali i razem wyjechali w kierunku Palestyny. Ta podróż trwała trzy lata. Po drodze wzięli ślub. Ich dzieci - Ruti i Beni - urodziły się już w Izraelu. Teraz Bergmanowie mają sześcioro wnuków i jedną prawnuczkę. Od paru lat przyjeżdżają do Polski. Także z dziećmi i wnukami. - To chyba przywilej starości, że wraca się do korzeni - mówią. Tym razem przyjechali na 200-lecie gminy żydowskiej w Łodzi. Cwi jest od dwóch lat prezesem Związku Byłych Mieszkańców Łodzi w Izraelu. - Dla nas to, co się dzieje w Łodzi, co robi prezydent Kropiwnicki i Urząd Miasta Łodzi, gmina żydowska i Fundacja Monumentum Iudaicum Lodzense, jest bardzo ważne. My odejdziemy, ale chcemy, aby nasze dzieci i wnuki tu wracały. Zależy nam na tym, by kojarzyły Łódź nie ze śmiercią i gettem, ale z bogatym życiem żydowskim, które tu kiedyś było - mówi Bergman. - To ma być dalszy ciąg naszej straconej młodości - dodaje. Wczoraj Ruti, córka Bergmanów, przeszła z mamą trasę, którą Juta pokonywała codziennie z rodzinnego domu przy ul. Pomorskiej do szkoły przy ul. Cegielnianej. Były też razem na placu Wolności, gdzie Juta zawsze kupowała kwiaty. - Dla mnie to strasznie wzruszające, że ona pokochała Łódź - mówi wzruszony Cwi Bergman. Gazeta Łódź |