Miasto wzięło się za mycie Piotrkowskiej. I bardzo dobrze - tylko przyklasnąć. Mieszkańcy zresztą prosili o to już od dawna. Kajus Augustyniak, rzecznik miasta, mówi, że do Łodzi przyjeżdża teraz dwa razy więcej turystów niż w latach poprzednich.
Okazuje się zatem, że - w głównej mierze - trzy połączenia niskokosztowe Ryanaira spowodowały, że mamy w Łodzi dwukrotnie więcej turystów. To bardzo dobra wiadomość. Ale jest też i gorsza. Skoro jest ich dwa razy więcej, to dlaczego nie pomaga się liniom lotniczym, by było ich w Łodzi np. cztery razy więcej? Trójmiasto i Kraków przeżywają obecnie najazd turystów. Władze tych miast i lotnisk, dwoją się i troją, by otwierać kolejne atrakcyjne połączenia, z których będzie płynęła rzeka turystów, czyli rzeka pieniędzy. Niestety, Łódź nie uczestniczy w tej "modzie na Polskę" za granicą - bo z takich zjawiskiem mamy dziś do czynienia. I możnaby to zrzucić wyłącznie na karb niskiej atrakcyjności turystycznej Łodzi (bo jesteśmy świadomi, że Łódź nie jest tak wypromowana jak Gdańsk czy Kraków), gdyby nie fakt, że miasto... nie jest zainteresowane otwieraniem takich, atrakcyjnych połączeń! Za wszelką cenę staramy się połączyć Łódź z Rzymem, Paryżem, czy Barceloną (i nie mam nic przeciwko temu), jednocześnie mówiąc wprost, że Łodzi nie interesują "kolejne wyspy". A ja nie wiem dlaczego mają nas nie interesować owe kolejne wyspy? Dlaczego mamy nie dopłacać przewoźnikom, tak jak to robi Kraków, i nie pozwolić otworzyć choćby i dziesiątej trasy do Londynu czy piątej do Irlandii? Dlaczego ograniczamy sobie sztucznie napływ turystów z pieniędzmi? Czy ktoś wie? Bo ja nie mogę znaleźć żadnego uzasadnienia. Czy Łódź naprawdę stać na takie selektywne traktowanie propozycji nowych tras? Krzysztof Kowalski
|