|
W Łodzi będzie czyściej. W piątek na zorganizowanym przez "Gazetę"
spotkaniu plakaciarze pojednali się z przeciwnikami zaśmiecania miasta,
a urzędnicy obiecali rozwiązać problem nielegalnych afiszy.
W naszej redakcji po raz pierwszy doszło do konfrontacji między tymi,
którzy nielegalnie rozwieszają plakaty, tymi, którzy je zrywają oraz
tymi, którzy na wygląd miasta mają wpływ. Zaprosiliśmy przedstawicieli
władz, MPK, Zarządu Dróg i Transportu, straży miejskiej, Łódzkiego
Zakładu Energetycznego, a także Łódzkiego Stowarzyszenia Właścicieli
Nieruchomości.
- Liczne miejsca są permanentnie zaklejone. Sytuację oceniam jako
kiepską. Doszliśmy do kresu wytrzymałości - obwieścił Piotr Rajchert,
dyrektor delegatury Łódź-Śródmieście.
Dyskusja była bardzo burzliwa i długa. Nie brakowało gorących okrzyków
i pretensji. - Żyjemy w dużym mieście, a liczba słupów ogłoszeniowych
jest jak dla małego miasteczka - mówił Szymon Kwiatkowski ze
Stowarzyszenia "Łódź na Fali".
- Sprawdziliśmy to. Tylko 10 proc. słupów jest wykorzystanych -
odpowiadał Jerzy Krajewski, zastępca dyrektora z Zarządu Dróg i
Transportu.
Na to odezwały się głosy, że wszystko przez ceny - za metr kwadratowy
powierzchni na słupie płaci się ponad złotówki do blisko trzech złotych
dziennie.
- A powinny być bezpłatne! - mówił podniesionym głosem Marcin Pryt,
twórca z punkowego zespołu i przedstawiciel plakaciarzy. - W Łodzi musi
ich być co najmniej tysiąc. Na miejscu urzędników wstydziłbym się tu
przychodzić. To co mówią, to hipokryzja!
Przedstawiciel MPK zasugerował, że najlepiej byłoby zmienić prawo i
karać nie tych, którzy plakaty rozwieszają, tylko zleceniodawców.
- Ale wiele plakatów dotyczy imprez promujących miasto! A offowi artyści nie mają pieniędzy na reklamę - protestował Pryt.
- To, że w kulturze dużo się dzieje, oznacza jedno: Łódź żyje - dodał
Piotr Kurzawa z Klubu Blu. - Miasto powinno się z tego cieszyć i
promować artystów!
Plakaciarzy poparł Andrzej Rozenkowski, przedstawiciel właścicieli
nieruchomości: - Od kiedy powiesiłem w budynku bezpłatne tablice na
ogłoszenia, mam mniej pracy przy zrywaniu plakatów - powiedział.
Zdecydowana większość naszych gości była jednomyślna. Plakaciarze
podali ręce obrońcom czystości i oznajmili: *potrzebne są dodatkowe
miejsca na plakaty, *nowe słupy i tablice powinny być bezpłatne.
Ostatnie słowo należało jednak do przedstawiciela magistratu, dyrektora Piotra Rajcherta. Oto, co obiecał.
* przygotowanie ulotek informujących o tym gdzie i na jakich warunkach można wynająć powierzchnię reklamową pod plakaty;
* wnioskowanie do rady miejskiej o zmniejszenie opłat za miejsca na słupach;
I najważniejsze: * że sprawdzi, czy i na jakich warunkach byłoby
możliwe zainstalowanie przez miasto dodatkowych słupów i tablic -
bezpłatnych lub za symboliczną opłatą - w miejscach ustalonych wspólnie
przez magistrat i plakaciarzy.
Już za kilkanaście dni spotkamy się w "Gazecie" w podobnym składzie.
Urzędnicy obiecali, że wtedy usłyszymy o widocznych efektach tych
obietnic.
Jak to się zaczęło?
Wczorajsze spotkanie było efektem burzy medialnej i gorącej dyskusji po
naszym tekście "Łódź nie będzie wiochą z tramwajem". Opisaliśmy w nim
grupę młodych ludzi, którzy na własną rękę walczą o porządek w mieście.
Systematycznie organizują obywatelskie akcje zrywania plakatów, a
ostatnio na własną rękę zatrzymują plakaciarzy. Wzywają w takich
sytuacjach straż miejską, a całe obywatelskie zatrzymanie filmują.
Nagrania umieszczają w internecie na portalu YouTube pod hasłem:
"Plakaciarze to śmieciarze". Jak podkreślali, urzędnicy nie chcą z nimi
współpracować, media zajmują się problemem tylko z okazji
spektakularnych akcji, a łodzianie ignorują problem - niektórzy nie
wiedzą nawet, że rozwieszanie plakatów w niektórych miejscach jest
nielegalne.
Po tekście odezwali się wzburzeni plakaciarze. Są wśród nich młodzi
artyści i właściciele lokali, które plakaty rozwieszają. Nie chcą być
nazywani śmieciarzami. Uważają, że legalnych miejsc do wywieszania
plakatów w Łodzi brakuje i są za drogie.
Gazeta Łódź
|